Walery Adolf Formiński
Wczorajszej nocy zmarł zasłużony i ukochany towarzysz, W. A. Formiński, weteran powstania 1863 r. i wybitny członek pierwszego Proletariatu, współpracownik Kunickiego, Bardowskiego i Waryńskiego.
Tow. Formiński urodził się w 1845 roku i, mając lat niespełna 18, wstąpił w szeregi powstania, w których walczył pod dowództwem Langiewicza. Pierwszą potyczkę stoczył w Szydłowie, gdzie zabrano do niewoli 17 kozaków z bronią, stamtąd udał się z oddziałem do Wąchocka, gdzie stoczono walną bitwę, bijąc oddział rosyjski na głowę. Po dalszych pomyślnych walkach w Ostrowcu i Kunowie oddział, w którym znajdował się Formiński, udał się do klasztoru świętokrzyskiego, gdzie podczas powtórnego sztandaru zaskoczyli powstańców Moskale, lecz z pomocą miejscowych mieszkańców udało się ich odeprzeć. Po klęsce pod Małogoszczem cały oddział Langiewicza przeszedł granicę austriacką, został rozbrojony i internowany. Najsilniejszych wywieziono do Ołomuńca, Formiński jednak został uwięziony w zamku Wawelskim, skąd ratował się ucieczką. Wróciwszy potajemnie do Królestwa, walczył w oddziale Oksińskiego pod Okrężą i Koniecpołem, a po zdradzie i ucieczce Oksińskiego z pod Przedborza dostał się pod dowództwo Chmieleńskiego. Pod jego dowództwem stoczono pomyślną walkę pod Janowem, gdzie wszystkich Rosjan wzięto do niewoli.
Formiński był ranny w tych potyczkach trzy razy, walcząc do utraty przytomności. Dostał się wreszcie do niewoli jako kawalerzysta pod dowództwem Rzewuskiego i osadzony w cytadeli, gdzie przesiedział kilkanaście miesięcy do wyroku. Jako małoletni został skazany na wysyłkę do Irkucka na 3 lata, skąd wrócił do Warszawy w roku 1868.
W roku 1879 Formiński, zrozumiawszy, że ucisk narodowy idzie w Polsce w parze z uciskiem społecznym, wstąpił do partii „Proletariat”, gdzie pracował do roku 1884. Działalność jego, jak można wnosić z aktu oskarżenia w sprawie „Proletariatu”, z książki zbiorowej „Z pola walki” i z opowiadań żyjących Proletariatczyków, była bardzo ożywiona. Formiński był zwolennikiem politycznego terroru, jak zresztą większość Proletariatczyków. Zawsze odważny, jak przedtem w roku 1863, narażał się przy każdej sposobności i przez swe narażenie się przyczynił się do pomyślnej likwidacji skutków krwawego starcia policji z Dębskim, Sławińskim i Janowiczem w lipcu 1884 roku w mleczarni Henneberga w Warszawie.
W październiku 1884 roku Formiński został aresztowany razem z wielu innymi Proletariatczykami i w następnym roku postawiony przed sądem wojennym, który zrazu, z inspiracji Hurki, chciał wszystkich skazać na śmierć. Skazano jednak tylko sześciu, z których dwóch ułaskawiono, zaś Formiński skazany na kilkanaście lat katorgi, został wysłany na Sachalin.
Po ukończeniu katorgi Formiński wyjechał do Chabarowska, a potem do Władywostoku i Nikolska Ussuryjskiego, skąd powrócił w grudniu 1914 roku do Warszawy. W Warszawie przebywał Formiński aż do śmierci, która go zmogła w szpitalu Ujazdowskim po rocznej chorobie.
Formiński był wzorem prawości i nieskazitelnej uczciwości, to też cieszył się powszechnym szacunkiem. Pamiętam jedną z ostatnich z nim rozmów. Było to półtora roku temu na wieczorku towarzyskim, urządzonym przez Stowarzyszenie byłych Więźniów Politycznych z powodu dziesięciolecia obalenia caratu. Pytałem się go o Stowarzyszenie Weteranów 1863 roku, do którego należał.
— Mam kłopoty — mówił — bo często zwracają się do mnie ludzie z prośbą, żebym zaświadczył, iż brał udział w powstaniu, bo chcieliby korzystać z emerytury. Gdy odpowiadam, że nic nie wiem o ich udziale, mówią mi: „Co ci szkodzi? Państwo nie zbankrutuje, gdy jeden więcej dostanie emeryturę. Zrób to dla nas, dla swych przyjaciół”.
— A ja przecież robić tego nie mogę. Przysięgałem, że będę mówił prawdę i jakże się będę na starość kłamstwem plamił. Wszystko musi być według sprawiedliwości. Wiem, że sobie niejednego zrażę, ale prawdę muszę cześć przedewszystkiem.
Jakże to piękny rys charakteru, zwłaszcza w Polsce, gdzie wszystko się zrobi dla przyjaciół, o ile własna kieszeń na tem nie cierpi, a czasem nawet zyska. Jakże pożytecznym dla Państwa jest taki typ człowieka.
Rok temu w grudniu 1927 roku, w 2 tygodnie zaledwie po zjeździe Stowarzyszenia byłych Więźniów Politycznych, gdzie wybrano go na honorowego przewodniczącego, zapadł ciężko na zdrowiu.
Odwiedziłem go w szpitalu na początku roku bieżącego. Usiłowałem nawiązać do dawnych wspomnień, ale pamięć go najwidoczniej opuszczała, bo nawet wielu nazwisk powszechnie znanych nie mógł sobie przypomnieć.
— Pisałem o tem kiedyś — mówił. Wszystko znajdziecie. Tak, tak, pamiętam. Zwłaszcza Kunickiego pamiętam.
To był bardzo szlachetny i czysty człowiek — prawdziwy Proletarjat.
A żegnając się czule ze mną mówił:
— A może się już nigdy nie zobaczymy? A może to już śmierć?
I nie mylił się stary „Proletariatczyk”.
Śmierć zbliżała się doń szybkiemi krokami. Przewieziono go staraniem Stowarzyszenia do Buska, ale lekarze przestrzegali, że jedna kąpiel może go o śmierć przyprawić. To też szybko wrócił do warszawskiego szpitala, zaniechawszy kuracji.
Gdy mu w listopadzie przyniesiono egzemplarz broszury Dębskiego „Krwawe zajście w mleczarni Henneberga” z dwiema jego podobiznami (obecną i z czasów „Proletariatu”), ucieszył się bardzo i mówił:
— Widzę, że o mnie nie zapomniano jeszcze.
Przed paru dniami utracił przytomność i umarł w nocy z piątku na sobotę.
Formiński był żywą arką przymierza między dawnym ruchem powstańczym a socjalizmem współczesnym. Odczuwał on ten związek instynktem, gdy pisał on w krótkiej autobiografii: Wstąpiłem do Proletariatu, walcząc o wolność narodu. Idei P. P. S-owej został wierny aż do końca.
Cześć Jego pamięci!